Walka z zimą

Listopad 26th, 2010

Oto mój sposób na walkę z zimą: Aktimelki :D

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 3.5/10 (4 votes cast)
  • Share/Bookmark

Uncategorized

Percy Jackson And The Olympians The Lightning Thief

Maj 11th, 2010

Od czego by tu zacząć. Może po kolei. Film wywarł na mnie spore wrażenie, za pomocą porażającej płytkości. Ot młody chłopak o imieniu Percy, który uważa się za nieudacznika, okazuje się być synem jednego z bogów z greckiej mitologi. Zeus oskarża go o kradzież swojego Pioruna Władzy. I tu zaczyna się „niesłychana” historia. Chłopak ucieka z domu wraz z matką i przyjacielem. Zaraz z początku dowiaduje się że jego przyjaciel to Satyr, pół człowiek pół koza. I co mnie mocno zdziwiło jakoś specjalnie się tym nie przeją. Tak jak w momencie gdy Minotaur zamienił jego matkę w pył. Następnego dnia jak gdyby nigdy nic, chłopak już zakochuję się w dziewczynie. Film wypełniony jest po brzegi tego typu idiotyzmami. Najgorsze w tym wszystkim jest to, iż trwa on niemalże dwie godziny. Gdybym wiedział co mnie czeka, przeznaczył bym te dwie godziny na coś bardziej twórczego, jak oglądanie śmiesznych zwierzaków na youtube.

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 5.7/10 (3 votes cast)
  • Share/Bookmark

Film

Opowieści z Astve: Nime

Kwiecień 19th, 2010

Pierwsze promienie porannego słońca zaczynały walkę z chmurami. Świt był niezwykle chłodny jak na tą porę roku. Wilgoć lasu dodatkowo obniżała temperaturę. Karawana z Astve już drugi tydzień była w drodze. Czterdzieści osób i pięć wozów, podróżowało przez lasy Verehgallu na święto Patne do Verni. Nie była to bezpieczna podróż. Dlatego też, karawany zawsze zatrudniały Strażników. Tak było i tym razem. Na czele karawany szedł Yorg. Strażnik z zakony Nime. Twarz miał ukrytą pod szarym kapturem. Mimo coraz ostrzejszego słońca wygrywającego batalie o niebo z chmurami, bacznie obserwował okolice. Gnębiło go dziwne przeczucie. Już od jakieś godziny czuł czyjąś obecność w okolicy.  Na wszelki wypadek postanowił to sprawdzić. Gdy karawana znalazła się na terenie, gdzie było mniej drzew, Yorg rozkazał zrobić postój. Gdy podróznicy odpoczywali i przygotowywali posiłek. Strażnik podszedł do najbliższego drzewa. Wyuczony instynkt perfekcyjnie wyczuwał zagrożenie. Przeszkolone zmysły alarmowały go o tym co ma za chwile się wydarzyć. Nagłe wyczuł jeszcze coś. Coś równie silnego. Był Namie, potrafił czytać Aury. Znał tą Aurę. Była z nim od początku podróży, ale do tej pory nie zwracał na nią uwagi. Zasadniczo nie było na co jej zwracać. Aura ta nie różniła się od innych w tej karawanie. Lecz teraz coś się w niej zmieniło. Poczuł ją tak intensywnie jak dotknięcie dłonią ramienia. Obrócił się. Przed nim stała mała blond włosa dziewczynka. Miała z 8 lat. Spojrzał na nią. Jej oczy były przysłonięte przez włosy. Wpatrywała się w ziemię trzymając coś w rączkach. Przesunęła kamyk stopą. – Jest niedaleko. Obserwuje nas od wczoraj. Jest duży i silny. Ale nie może już się powstrzymywać. Strażnikowi aż zabrakło powietrza w płucach. Jak. Jakim cudem to dziecko wyczuło zagrożenie. Skąd wie że to obserwuje ich od wczoraj. Jak on dopiero niedawno wyczuł jego obecność. Pochylił się nad nią. – Kim jesteś dziecko? I o czym ty mówisz?  Miał wrażenie że dziewczynka się uśmiechnęła. Po czym złapała go za rękę i pociągnęła do siebie. Szpetając do ucha „ Z prawej” Nie spodziewał się że mała dziewczynka posiada taką siłę. W momencie kiedy już upadał zobaczył kontem oka cień przelatujący w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą była jego głowa. Po czym niesamowicie piekący bul w boku. Natychmiast poderwał się z powrotem na równe nogi. Teraz to zobaczył. To co go tak niepokoiło. Bahnax. Wielki stwór stał przed nim. Dwie pary oczu. Jedna większa druga mniejsza wpatrywały się w niego. Nie nie w niego. W małą dziewczynkę przed nim. Ona zdawała się go nie zauważać. Ciągle wpatrywała się w ziemię kopiąc kamyk.

Yorg przygotował się do ataku. Bestia zaryła pazurami w ziemi i wybiła się w powietrze kierując się na dziewczynkę. Strażnik staną na drodze bestii. Wyciągniętą dłonią stworzył ognistą tarczę. Stwór odbił się od niej co go jeszcze bardziej rozwścieczyło. Nie będzię łatwo, pomyślał  Yorg.  Bahnax są częściowo odporne na magie. Strażnik wykorzystał chwile kiedy stwór szykował sie do następnego ataku. Przyłożył dłoń do ziemi. Wokół potwora wyrósł skalny mur. To go na chwile zatrzyma. Powiedział sam do siebie. Nie planował jednak tak krótkiej chwili. Potwór rozerwał mur jednym uderzeniem. Yorg zaczą szukać w głowie skutecznego sposobu walki z tym stworem. Zawsze starał się być przygotowanym na każdą okoliczność. Jednak to go zaskoczyło. Bahnax. Nikt ich nie widział od dekad. A teraz pojawił się tutaj. Pośrodku lasu. Który nie jest nawet jego naturalnym siedliskiem.  Po raz kolejny wyciągną dłoń. Na kocu której uformowała się kula ognia. Bestia skoczyła do ataku. Yorg wystrzelił okrągły pocisk ognia. Kreatura stanęła w ogniu. Zaczęła się rzucać i tarzać po ziemi. Po chwili udało jej się ugasić  płonącą skórę. Strażnik przygotowywał się do następnego ataku. Gdy ból w żebrach zmusił go przyklęknięcia. Zapomniał, popełnił błąd. Bahnax ma jad w pazurach. Przed rozpoczęciem walki powinien się uleczyć. Jedno proste zaklęcie. Teraz już widział że przegrał. Przegrał życie. Miał nadzieje że chociaż walkę uda mu się wygrać. Teraz nie miał już nic do stracenia. Nie może tylko pozwolić bestii przeżyć. Spojrzał w jej kierunku. Stwór był już gotowy do następnego ataku. Teraz albo nigdy. Oczy zaczęły mu zachodzić mgłą. Potwór skoczył.

Teraz już nie był pewien co się stało. To co zapamiętał wydawało mu się snem. Nie mającym prawa zaistnieć w rzeczywistości. Oto na przeciw bestii stanęła mała blond włosa dziewczynka. Bestia w ostatniej chwili przed nią wychamowała, czy też zostałą wychamowana. Dziewczynka dotknęła bestie palcem wskazującym między oczyma. Potem światło, intensywne białe światło. Gdy zniknęło bestia przybrała kolor szarości. Po czym zaczęła się kruszyć. Rozpadać na wietrze. Dziewczynka odwróciła się w jego stronę. Podeszła i położyła dłoń na jego ramieniu. Jej Aura zalewała wszytko w około. Potem cisza. Myślał że umarł. Ale oto teraz leży na wozie. Karawana w ciszy zmierza w swoim kierunku.  Dotkną boku, po ranie ani śladu. Zeskoczył na ziemie. Gdzie dziewczynka? Nikt nie widział o czym mówi. Od ludzi dowiedział się że w momencie ataku bestii stał sam. Po czym teren na którym odbyła się walka przesłoniła gęsta mgłą. Nie wiedział już sam czy był to sen. Czy wyobraził to sobie. Nagle ją poczuł. Aurę. Była silna, obserwowała go. Na jego ciele wystąpiły zimne krople potu. Gdzie dokładniej, z której strony. Przez moment wydawało mu się że ją widzi. Pomiędzy drzewami. Potem już tylko noc.

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
  • Share/Bookmark

Opowiadanie

Doborowa Kompania

Marzec 23rd, 2010

Rozdział I

Karczma


Może i miasto Vilmin nie było najpiękniejszym miejscem na ziemi, lecz z powodu bliskiego położenia względem Stolicy Środkowego Polonu, czyniło z niego świetny ośrodek militarny. A jak wiadomo tam gdzie żołnierze tam i możliwości zarobków na wszystkim co przyjdzie do głowy.

Dla tego też do Vilmin ściągała najprzeróżniejsza śmietanka. Od kupców ze wszystkich landów, po zabójców, złodziei i tym podobnym. Na ulicach Vilmin, dostrzec można było chyba wszystkie znane rasy. No może prawie wszystkie. Elfy, nie wymieniając po rodach i rasach nie zapuszczały się w te strony mówiąc „Po co ?”.

W Vilmin zawsze coś się działo. Działy się rzeczy mające większy, lub mniejszy wpływ na Universum. Najczęściej jednak się działy rzeczy nie mające nań żadnego wpływu. Jednakże jak już się domyślacie, historie którą przyszło mi dla was opowiedzieć nie była żadną z tych rzeczy. Oto nadchodziły wydarzenia mające wstrząsnąć całym Universum.

Opowieść swą zacznę od jednej z bezimiennych brudnych ulic Vilmin. Od dwóch postaci, których każdy wędrowiec zapuszczający się w tą okolice, nawet by nie spostrzegł. Tak o to w ciszy stał rosły mężczyzna i dwa razy wyższy od niego Troll Bagienny. Mężczyzna obserwował plac na przeciwnym końcu bezimiennej ulicy, kiedy w tym samym czasie Troll kopał widoczny tylko dla niego kamień. Tak stali w ciszy, do momentu gdy Troll zapytał swoim ciężkim głosem.

- Petus, powiedzieć, jak my go dostrzec to wiedzieć, że to być on. Ale ja nie wiem jak my to wiedzieć ty wiedzieć ? Mężczyzna odsłonił twarz schowaną dotychczas za szalem, zwanym Bes’s, jaki nosili najwięksi z Barbarzyńców.

- Powiedział, że na swój sposób, żuci nam się w oczy. Po czym zarzucił na głowę kaptur swojego płaszcza. Gdyż zachodzące słońce zaczęło świecić mu w oczy.

- Podobny on mag. Co chcieć taki Petus od Troll i Barbarzyńca i Mag ?

- Nie wiem, okaże się wieczorem. Puki co musimy czekać na tego przeklętego maga. Miał być tu rano. Już cały dzień na niego czekamy.

Jak już wcześniej wspominałem, w Vilmin można wypatrzyć prawie każdą rasę, oprócz elfów. I tak właśnie ku ogólnemu zdumieniu przechodniów, jedną z głównych dróg szedł elf. Choć szedł to może mocne słowo. Każde dziecko wie, iż elfy wędrują prawie nie dotykając stopami ziemi. Ten elf jednak nie tyle co dotykał ziemie, co snuł się po niej. Tak jak by w miejscu stykania się stopy z ziemią przyciąganie było sto razy silniejsze niż w innym miejscu. Można by było pomyśleć, iż owy elf stoczył jaką straszną walkę, lub jakiś mroczy czarnoksiężnik rzucił na niego czar. Oczywiście że można by było szukać jakiś tajemnych teorii tego jakże dziwnego zachowania owego elfa. Ale odpowiedź narzucała się sama. Nie tyle co się narzucała, co się trzymała prawej dłoni elfa. A była to butelka Lier. Najmocniejszego Krasnoludzkiego piwa. Wszędzie w świecie coś tak absurdalnego jak pijany elf nie przeszło by nie zauważone i nie opisane w kronikach. Wszędzie oprócz Vilmin. Tu ludzie jak już doszli do tego co się dzieje z przedziwnym przybyszem, zaraz przechodzili do swoich codziennych obowiązków, stwierdzając „Vilmin go dopadło”. Wszyscy oprócz Trolla. Ten kalkulując zadziwiająco szybko jak na Trolla, nagle wydukał.

- Voltcher, czy to nie on ? Barbarzyńca zerkną z pod kaptura w stronę w którą wskazywał Troll.

- Co do … Przetarł oczy z niedowierzania, gdy elf dotoczył się do nich i przysiadł na murku.

- Witam, jestem … chep! Gustaff. Wy musicie być Voltcher i Muan. Wydukał elf.

- Eee To nie możliwe, Petus mówił o Magu, ludzkim Magu. A nie o … Barbarzyńca był tak zdziwiony tym co widzi, że zaczęło mu brakować słów. – Elfie ? Dokończył Gustaff.

- Pijanym Elfie. Wypalił znienacka Troll, zdziwiony idealnym doborem słów. A potem jeszcze bardziej zdziwiony swoim zdziwieniem.

- No bo ja chep! tak nie do końca jestem elfem. Długa historia. Kiedyś będąc wśród elfów taka jedna zaczęła mnie kręcić, a że oni nie tego z ludźmi to się chep! zczarowałem. I jakoś tak nie pamiętam zaklęcia i nie wiem jak to teraz odczarować.

- Dosyć. Warknął Voltcher. Już jesteśmy spóźnieni. Opowiesz kiedy indziej. Teraz idziemy do karczmy. Petus czeka.

Słońce już się schowało za horyzontem chcąc odpocząć po ciężkim dniu pracy, kiedy dotarli do karczmy na wschodnim krańcu miasta. Karczma ta nie różniła się nadto od innych w tej okolicy, więc odpuszczę sobie i wam opis. W każdym bądź razie nie wyglądała zachęcająco, a już jej sam zapach odpowiadał na wszystkie pytania z nią związane.

- O której miał się pojawić ten, no jak mu tam. Elf potarł się po skroni. – Zleceniodawca.

Barbarzyńca rozejrzał się w koło. – Miał być tu w południe, ale ty dowlokłeś swoją elfią dupę dopiero wieczorem. Więc nie zdziwię się jak już znalazł sobie nowych najemników.

Na ostatnie słowo Voltchera, elfowi rozszerzyły się kocie oczy. – Ja jestem, Gustaff. Największy mag w Universum, a nie jakiś tam najemnik. Chep! Barman Kal’er poproszę. Barbarzyńca popatrzył się na swoich towarzyszy. Nie wiedział jeszcze co ich czeka. Ale mimo to nie umiał sobie ich wyobrazić na polu walki razem. Oto przed nim siedział wielki mag w skórze elfa, który przekręcił zaklęcie i zwalisty Troll z IQ ćmy którą tak uporczywie próbował złapać swoimi wielkimi paluchami.

I tak mijał im czas w oczekiwaniu na ich zleceniodawcę. Mag-elf korzystał z życia popijając aromatyzowane Kal’er. Troll nadal próbował upolować ćmę. A Barbarzyńca starał się ogarnąć myślami to co ich czeka w niedalekiej przyszłość. Wtem z jego rozmyślań wyrwał go barczysty, jak można było rozpoznać po zbroi, strażnik miasta. Uderzył w niego przepychając się w stronę baru. Widocznie nie zauważył, że zahaczył swoim ciałem o Barbarzyńce. Niestety dla strażnika, lud z którego wywodzi się Voltcher jest na takie rzeczy strasznie przeczulony. W jednej zaledwie sekundzie od zahaczenia o barbarzyńce strażnik leżał martwy, będąc pozbawiony swojej głowy. Ot taki drobny instynkt antyocieralności się barbarzyńców. Przez moment w sali zaległa grobowa cisza. Chwile trwało nim do reszty strażników doszło co się właśnie wydarzyło. Po paru sekundach, jeden z nich podszedł do Voltcher i chuchając mu w twarz, smrodem gnijącego mięsa zalegającego w szparach między zębami jak i mieszanką święconego taniego wina. Wydukał.

- To był nasz kapitan. Jesteś, jesteście… Gdy strażnik dalej starał się sobie poukładać wszystko w głowie Voltcher starym barbarzyńskim zwyczajem, zawierania nowych znajomości jak i doświadczeń życiowych, spytał.

- Eee jakiś problem? Strażnik zdumiony lekkością i niezrozumiałością przez siebie pytania powtórzył.

- Problem? Rozejrzał się do koła, wyszukał za sobą resztę zdziwionego oddziału. I w tym momencie popełnił największy, błąd w swoim życiu. Niestety nie pożył tak długo by zrozumieć ów błąd. Spojrzał na Barbarzyńce, zebrał całe swoje wojskowe doświadczenie psychologiczne, odnośnie wpływania krzykiem na przeciwnika i ryknął. – Problem ?! Ty masz problem.

To miało być coś w tym rodzaju, ale zabrzmiało jak „Prougrrrrlllhhh”, bo właśnie po podłodze potoczyła się następna głowa. Voltcher rozejrzał się wokoło.

- Eee, czy ktoś ma jeszcze jakiś problem ? No niestety dla nich mieli. Cały oddział rzucił się w stronę Voltchera, który właśnie odłożył swój półtora ręczny miecz i z pochwy na plecach dobył coś, co według wszelkich standardów płatnerskich nazwano by mieczem trzy-i-pół ręcznym. Na widok miecza napastnicy się zatrzymali. Na twarzy Barbarzyńcy można było dostrzec uśmiech. Szybko policzył że strażników jest dwunastu, ale w głębi duszy modlił się, żeby za nimi, do walki ruszyli następni, najlepiej wszyscy w karczmie. Uniósł miecz przed twarz. Miał trzy metry długości. Na klindze znajdował się run za który pochwycił i przekręcił go w lewo. Złapał oburącz za rękojeść i z całej siły zamachną się wykonując w powietrzu cięcie. W tym momencie w połowie długości klinga miecza rozłożyła się na pół, i z wnętrza wysunął się następny element miecza. Klinga z przeźroczystego diamentu o długości dwóch metrów. Całość miecza miała teraz trzy i pół metra długości, a po bokach pod kątem dobiegały dwa półtorametrowe szpikulce z rozłożonej podstawowej klingi. Uśmiech który zagościł teraz na twarzy Voltchera wyglądał teraz na prawdę upiornie. Barbarzyńca zaparł się nogami, szybko przykucnął. Po czym przelewając całą swoją siłę najpierw do nóg, wybił się w przód. Teraz przerzucając energie w ramiona zamachnął się i ciął krzycząc. – Rżnij Iksemo !!! W jednej chwili upadło trzech strażników. Nim reszta z orientowała się w sytuacji, już kolejnych trzech leżało bez głowy w powiększającej się kałuży krwi. Zostało dziewięciu, kalkulował szybko Barbarzyńca. Skoczył w przód po raz kolejny lądując między nimi. Opuścił miecz nisko i wykonał piruet unosząc go w górę. Strażnicy nie mieli szans. Trwało to tak szybko, że w momencie kiedy z ostatniego z nich ulatywało życie, jego miecz dalej był schowany w pochwie. Voltcher spojrzał się na rzeź której dokonał, uniósł miecz do twarzy i szepną namiętnie: „Dobra robota Iksemo” W karczmie dalej panowała cisza. Nawet muchy ze zdumienia przestały latać. Z zewnątrz dało się słyszeć gromkie krzyki potwierdzające, gorące nadzieje Voltchera. Przed karczmą zbierało się wojsko zaalarmowane dźwiękami walki wewnątrz karczmy. Normalnie, pomyślał barbarzyńca, załatwił bym ich bez najmniejszego hałasu, ale musiałem się rozerwać. Gdy do środka zaczęli wbiegać żołnierze, barbarzyńca ustawił się do walki. W tym momencie tuż obok jego twarzy, przeleciało w ciszy coś co przypominało lecący na wietrze puszek mlecza. Z tym że ten puszek zdawał się emitować własny blask. Niczym po prostej niewidzialnej nitce kierował się w stronę plutonu już ustawionych i gotowych ruszyć do walki żołnierzy. Puszek zatrzymał się na wysokości twarzy, jak domyślał się barbarzyńca, Kapitana tej zbieraniny. Wszyscy w napięciu oczekiwali tego co ma się teraz wydarzyć. Wtem, za stołu po prawej do Voltchera dobiegł głos Gustaffa. Barbarzyńca spojrzał w stronę pijanego maga. Ten siedział z wyciągniętymi rękoma przed siebie z uśpionym już spojrzeniem, bełkotał coś pod nosem. Brzmiało to mniej więcej tak:

„Czy ostanie się choć nóżka, gdy uwolnię mego puszka.” Wtem mag upadł głową w zupę. W tym samym momencie wnętrze karczmy wypełniło jasne światło. Barbarzyńca poczuł że zaczyna brakować mu powietrza w płucach. Niecała sekundę potem coś zwaliło go z nóg. Troll beknął coś na wzór BÓM. I z wielkim hukiem, karczma wyleciała w powietrze. A raczej zapadła się w siebie. Zapadając się w sobie pochłonęła jeszcze kilka okolicznych domów. Nim gorąca fala wybuchu dotarła do trójki towarzyszy barbarzyńca zebrał resztki sił i umiejscowił je w nogach. Udało mu się tylko doskoczyć do dwójki jego towarzyszy. Troll w jakiś sposób pojął, że czas na ucieczkę, złapał pod jedną pachę maga, pod drugą barbarzyńce. I ogromnym susem wyskoczył w górę. Przy drugim dwudziesto metrowym skoku obejrzał się za siebie, upewniając się że fala gorącego wybuchu już go nie goni. I wtedy dostrzegł, coś co w jego umyśle nazwane zostało wielkim płonącym grzybem.

Wtem siła wybuchu uderzyła go w plecy. Tracąc przytomność rozmyślał nad szybko zbliżającym się w ich stronę budynku.

Rozdział II

O Losie


Jak już kiedyś udowodnili wielcy alchemicy, magowie i wezyrowie. Na Cało-świat składa się wiele Universum. Właśnie jednym z takich Universum jest to w którym znajduje się kraina Polonu. Nad bytowaniem każdego z Universum odpowiada Istota Przewodnia, niekiedy nazywana Bogiem. Praca takiej Istoty Przewodniej jest bardzo wymagająca, więc ciężko załapać się na taką fuchę. Mimo to co jakiś czas najbardziej zasłużeni i najpotężniejsi z śmiertelnych. Którzy znajdą odpowiedzi na wszystkie trapiące ich pytania, aplikują na Istotę Przewodnią. Jednakże, nigdy nawet najbardziej zdesperowany potencjalny pracownik na stanowisko Istoty Przewodniej nie chciał podjąć pracy w tym Universum. Tak, też to Universum pozostało bez opieki. I za wydarzenia tegoż Universum nie odpowiadała jedna osoba, tylko zbierania pewnych, ykhm, bytów. Jednym z takich bytów, był właśnie Los. Oto właśnie Los z powodu, jak sam mawiał, swojej nudnej pracy, wymyślał różne przedziwne historie istotom zamieszkującym Znane Landy. Ot tak żeby, jak twierdzi, zabić trochę czasu. Z tym że kiedyś jak zapytano o to Czas, odpowiedział zdumiony, iż nigdy nie czuł się zabijany przez Los i nie wie skąd ta afera. Po czym burcząc coś pod nosem o jakimś Einsteinie, poprawił okulary i zaczął uganiać się za Teraźniejszością, która po raz kolejny zaczęła mu uciekać.

I tak właśnie Los podczas jednej ze swych wielu twórczych chwil, w swojej samotni zaczął po raz kolejny snuć, wielki plan. W centralnym miejscu pomieszczenia znajdowała się płomienna kula. Wokoło tej kuli krążyło kilka mniejszych. Na najdalszej orbicie poruszał się wielki motyl. Przyglądając się w ciszy, powoli krążącemu motylowi, nawet nie zauważył jak do pomieszczenia wchodzą dwie postacie.

WITAJ LOSIE, CO TAM ZNÓW KOMBINUJESZ. Słowa zdawały się dochodzić zewsząd, a zarazem były puste, jak by nigdy nie zostały wypowiedziane. Nim Los zdołał odpowiedzieć, pomieszczenie wypełnił drugi głos. Podobny, a zarazem całkiem inny. W dźwięku tego głosu zdawało się słyszeć, tętent koń, dźwięk uderzeń mieczy, krzyki i jeszcze wiele nie możliwych do opisania tonów, skompresowanych każdej wypowiadanej zgłosce. PEWNIE SNUJE JEDEN ZE SWYCH PLANÓW. Los spojrzał w ich stronę. – Witaj Śmierć, pani Wojno. Skłonił się w ich stronę. Śmierć zrobił krok na przód. I JAK TAM LOSIE, MAM NADZIEJE IŻ UJMIESZ NAS W SWYM PLANIE. STRASZNIE NUDNO ZROBIŁO SIĘ OSTATNIMI CZASY. Śmierć wydobył z siebie coś co drastyczny psychopata opisał by jako śmiech. Wojna spojrzała się w stronę Śmierci. ALEŻ KOCHANIE, WYSTARCZY, ŻE MNIE WEŹMIE POD UWAGĘ I NA PEWNO BĘDZIEMY MIEĆ RAZEM ZAJĘCIE. Tym razem „zaśmiali” się do wtóru. Śmiech odbijał się od ścian pomieszczenia, w którym się znajdowali. Nagle fala dźwięku dotarła do centralnego miejsca w pomieszczeniu, zakłócając tym samym lot motyla. By utrzymać swój lot po nie widoczniej orbicie, motyl musiał w pewnym momencie dwukrotnie szybciej zamachać skrzydłami. Na krótką, chwile wszystkie kule tak jak by straciły na ostrości. Ale nikt prócz Losu nie zwrócił na to uwagi. Los potarł ręce. – Zaczęło się. Powiedział. Zarówno Śmierć jak i Wojna wiedzieli, że nie należy pytać co się zaczęło, ani jak to się skończy. Woleli pozostawić wszystko w rękach losu i czekać na swój moment w całym przedsięwzięciu. Los uśmiechnął się pod nosem. – To jak? Idziemy na sernik. MAM NADZIEJE ŻE Z RODZYNKAMI. Odpowiedział mu śmierć.


Rozdział III

Mag totalny

Żyję? Zagadną w myślach. Chyba tak. Odpowiedział sam sobie. Ruszył ręką. Poczuł niesamowity ból w łokciu. Żyję, ucieszył się w duchu. Otworzył oczy. Zapiekły go. Nie widział jeszcze dość wyraźnie, żeby zrozumieć co się stało. Postarał się usiąść. Oparł plecy o resztki ściany. Po swojej prawej dostrzegł Trolla. Spojrzał przed siebie. Chwile trwało nim jego oczy porozumiały się z mózgiem. Mimo to mózg długo się zbierał nim zaczął mu tłumaczyć co przed sobą widzi. Oto przed sobą miał wielką dziurę w ścianie. Po środku stał Elf-mag, drapiąc się prawą ręka po głowie. Przed nim unosił się wielki grzyb zbudowany z dymu i ognia. Biła od niego wielka łuna przypominająca, zachodzące słońce. Barbarzyńca zebrał resztki sił, po czym umiejscowił je w swoich nogach. Podniósł się i skierował swoje nogi w stronę Gustaffa. Gdy już doczłapał się do krawędzi wyrwy w ścianie, oparł się ramieniem o jej resztki. Elf-mag spojrzał w jego stronę skacowanym kocimi oczyma.

- Eee domyślam się, że ja to zrobiłem. Wskazał dłonią w stronę wielkiego grzyba, który powoli już zaczął, się rozpływać. Voltcher nie mógł znaleźć w sobie siły by odpowiedzieć na to pytanie.

- Kurcze. Ale dałem. Gustaff zaśmiał się zawadiacko. Przestał w momencie jak natrafił swoim wzrokiem na zirytowane spojrzenie Barbarzyńcy. – Ale wiesz. Myślę, że jestem w stanie to naprawić. O! Skiną głową w stronę Voltchera. – Ciebie też mogę naprawić. Uśmiechnął się odsłaniając białe zęby i wyjątkowo długie kły. Nikt tak naprawdę nie wie po co elfom takie długie kły, gdyż elfy są wegetarianami. No może po za Gustaffem.

- Nie, ja dziękuje. Za godzinę będę jak nowy. Odpowiedział barbarzyńca.

- Muan ruszaj ten skamieniały tyłek. Idziemy naprawić karczmę i na browar. Troll nie odpowiedział tylko powoli zaczął się podnosić. Voltcher nie był pewien czy to najlepszy pomysł żeby teraz tam się pokazywać. Ale po chwili doszedł do wniosku, że i tak na pewno nie przetrwał wybuchu nikt, kto był by w stanie ich rozpoznać.

Gdy dotarli już na miejsce grzybowa chmura już się rozpłynęła. W blasku samego księżyca nie byli w stanie ocenić szkód. Co prawda Gustaff widział równie dobrze jak w dzień, w zasadzie nawet lepiej niż w dzień. A to za sprawą swych elfich oczu. Ale jakoś nie chciał się dzielić z nimi tym co widzi. Jedyne czym się podzielił to krótka myśl opisująca pobojowisko, ” Kurcze „

Powoli zaczęli się zbierać ludzie i inne istoty, żeby obejrzeć co się stało. Elf-mag podwiną rękawy.

- Było by łatwiej gdybym pozbył się tego buczenia w głowie. Powiedział w zasadzie sam do siebie.

- No nic, przedstawienie czas zacząć. Publiczność już jest. Voltcher pochylił głowę opierając ją o wnętrze dłoni. – O matko. Skąd on wytrzasną tego maga.

Gustaff wyciągną przed siebie ręce, i w teatralny sposób zaczął szykować się do rzucenia zaklęcia. Co prawda, akurat do tego zaklęcia nie musiał wyciągać rąk, ale stwierdził, że skoro ma publiczność, tak będzie wyglądać bardziej profesjonalnie. Gdy skończył recytować zaklęcie, wszystkie elementy z których była zbudowana karczma, uniosły się w górę. Zaczęły wirować wokoło zawężając tor lotu, aż zaczęło to przypominać wielką kule śmieci. Kula powoli zaczęła się zmniejszać. Gdy miała rozmiar ledwie metra i idealnie gładką powłokę, zatrzymała się na moment. Po czym z jej wnętrza rozbłysło światło i tak świecąc z wnętrza powoli zaczęła opadać na ziemię.

Mag odwrócił się w stronę towarzyszy. – Szpanersko nie ? Zapytał retorycznie. Troll ze zdumieniem i strachem wpatrywał się w tajemniczą sferę. Barbarzyńca natomiast pokręcił głową.- Mówiłeś, że masz zamiar to naprawić. Mag się uśmiechnął. – Stwierdziłem, że nie tyle co naprawię karczmę, co ją udoskonalę.

Nagle blask bijący z kuli znikł. Troll uchylił się lekko, mając jeszcze w pamięci ostatnie wielkie bum z małego pyłka. Strasznie przerażała go ta metrowa kula. Kiedy cienka powłoka tworząca kule

opadła, to co stanęło przed oczami wszystkich zebranych, było na tyle dziwne, że nawet po wielu latach nikt nie był wstanie tego dokładnie opisać. Wyglądało to trochę jak pies, trochę jak kot. Choć po dłuższym namyślę przypominało to trochę też kufer. Może dla tego, że było zbudowane w całości z drewna. Gustaff podrapał się po głowie. – No nieźle. Voltcher podszedł bliżej.

-Eee, co do … Co to jest ? Mag ze swoim uśmiechem numer cztery odpowiedział, pełen dumy.

- Jeszcze nie myślałem nad nazwą, ale skoro już pytasz, co myślisz o „Zdesekbaru” ? Barbarzyńca podrapał się po głowie. – Myślałem, że chcesz wszystko naprawić. Mag zmienił uśmiech numer cztery, na uśmiech ” ty mało wiedzący człowieczku, zaraz ci wszystko wyjaśnię.” Na nieszczęście dla Voltchera, nie znał wtedy wszystkich uśmiechów Gustaffa i nie wiedział jak na nie reagować.

Mag zaczął wyjaśnienie.

- Widzisz. Tworząc tak potężny wybuch za pomocą magii, zaskoczyłem duszę umierających. Jako że dusze nie miały czasu uciec, wybuch wepchną dusze umierających w elementy konstrukcji budynku. A że nie jestem nekromantą nie potrafię ich teraz uwolnić. Nie mogę też otworzyć całego budynku, gdyż zawiera teraz nowe elementy, w postaci dusz umarłych. Ale za to mogę im znaleźć zajęcie żeby odnalazły się w nowym miejscu. Tak też utworzyłem im nową wspólną jaźń i umiejscowiłem je w nowym ciele zbudowanym z resztek karczmy. Co prawda nie ja nadałem im kształt, tylko nowa jaźń. I tak o to mamy teraz tego cosia. To jak może być Zdesekbaru ?

Barbarzyńca podrapał się po brodzie i wypalił jedyne co przyszło mu do głowy. – Eee.

- Patrz na to. Mag pomachał w stronę dziwnego tworu. – Zdesekbaru. Zawołał uderzając ręką w nogę. – Zdesekbaru, no choć, choć do pana. Koto-pies spojrzał swym drewnianym łbem w strone Gustaffa. Po czym delikatnie skrzypiąc podbiegł do jego nogi. Mag pochylił się nad nim i drapiąc za czymś co przypominało ucho tworu, powiedział. – Daj piwko, no daj. Twór tak jak by odchrząknął, tak jak robią czasem koty. Potem jeszcze raz. Po czym z pyska wypadłą mu butelka Kal’er. Mag wziął ja w rękę. – No nieźle. Wyciągną korek i wypił łyk. Zamlaskał. – Bosko, chcesz spróbować. Skierował butelkę w stronę towarzysz. Troll nie mógł ogarnąć tego co widziały jego oczy. Natomiast Voltcher odmówił. – Powinniśmy się już zbierać. Nim zbiegnie się więcej hołoty.

Kiedy już ruszyli w stronę bram miasta. Gustaff zawołał. – Zdesekbaru, no choć idziemy. Kiedy twór ruszył za nimi, mag zamruczał sam do siebie. – Ja to jednak jestem mag totalny.

C.D.N

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
  • Share/Bookmark

Opowiadanie , ,

Od rzeczy

Wrzesień 7th, 2009

Był taki czas, nawet całkiem niedawno. Przesiadywałem wtedy z puszką piwa, najczęściej. I rozmyślałem o tym, że być może mam problem z alkoholem. Jako że tydzień ma siedem dni, a ja z tych siedmiu, trzeźwych miałem może dwa. Zawsze po pracy musiałem wypić kilka piw żeby zasnąć. Czułem wtedy, że życie ucieka mi na picu. Teraz dochodzę do wniosku że się myliłem.
Ostatnimi czasy, zdarza mi się wypić, ale już nie tak często jak kiedyś. Upijam się może dwa razy w miesiącu. Upijam się. Hmm. Może nie do końca. Teraz załatwia mnie kilka kolejek. Załatwia, ale nie na amen. Wstaje i robie wszystko, żeby dotrzeć do domu i spędzić noc we własnym, łóżku.
Na drugi dzień patrzę na siebie w lustrze i sam siebie nie poznaje. Gdzie się zgubił ten stary ja. Któremu obojętne było gdzie się obudzi. Który bawił się do końca. Kurwa. Nie mam przecież, żony , dzieci, rodziny. To powinien być mój, czas. A ja nawet nie mam chęci go przezywać.
Pamiętam, jak kiedyś zrobiłem sobie wycieczkę po Polsce, tylko dlatego że nie widziałem wcześniej gór. A teraz, na podobne hasło pewnie by padłą odpowiedz „ Pokurwiło was”.
Może i się trochę, wyżalam. Może powinienem zacisnąć poślady i wyjść z powrotem do ludzi.
I może tak zrobię. Bo czy nie lepiej mieć problem z alkoholem i udawać że się z nim walczy. Niż nie mieć żadnego problemu i oglądać to popieprzone życie na trzeźwo. Próbowałem obu wersji. I muszę powiedzieć, że ta pierwsza jest lepsza. Więc pomijając fakt że jest poniedziałek, to kończę te ostatnie parę linijek i idę się napić. Może obudzę się… gdziekolwiek
Miłego.

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 8.2/10 (5 votes cast)
  • Share/Bookmark

Inne

Prywatny Serwer World of Warcraft wersja dla Windows

Sierpień 30th, 2009

Wymagane rzeczy :

Windows Installer 3.1 do pobrania tu
.NET Framework v3.5 do pobrania tu
Gra WoW ( podstawa 10-Trial ) do pobrania tu ( 3.1 GB )
The Burning Crusade WoW do pobrania tu ( 1.16 GB)
Patch 2.X.X to 2.3.0 WoW TBC do pobrania tu ( 692.30 MB)
Patch 2.3.0 to 2.3.2 WoW TBC do pobrania tu ( 5.06 MB)
Patch 2.3.2 to 2.3.3 WoW TBC do pobrania tu ( 4.33 MB)
Patch 2.3.3 to 2.4.0 WoW TBC do pobrania tu ( 256.11 MB)
Patch 2.4.0 to 2.4.1 WoW TBC do pobrania tu ( 4.88 MB)
Patch 2.4.1 to 2.4.2 WoW TBC do pobrania tu ( 15.07 MB)
Patch 2.4.2 to 2.4.3 WoW TBC do pobrania tu ( 27.27 MB)

SH_PACK_1-3 do pobrania tu

Instalacja :

Najpierw instalujemy windows Instaler 3.1
Potem .NET 3.5
( chyba że już mamy zainstalowane. Ja na XP pro musiałem doinstalowywać, na innych wersjach windowsa nie sprawdzałem )
Teraz instalujemy SH_PACK

Konfiguracja:

Po zainstalowaniu SH_PACK uruchamiamy aplikacje.
Otworzy nam się okienko i uruchamiamy za pomocą niego APACHE i MySQL.
W przeglądarce wpisujemy http://localhost/phpmyadmin
Po prawej stronie mamy listę baz danych. Klikamy na realmd, następnie realmlist i otwiera nam się tabela. Tam zmieniamy name i address. W name wpisujemy nazwę swojego serwera ( domyślnie jest Trinity ), a w address ip swojego komputera.

Uruchomienie :

W okienku SH_PACK klikamy kolejno :

Run Realmlist
Run World
I cieszymy się z gry i władzy :-)
W przeglądarce wpisując http://localhost lub http://twój.adres.ip.serwera mamy dostęp do strony na której możemy utworzyć konto sobie lub znajomym.

To by było na tyle. Mam jeszcze w planach przetestować serwer WoWa na innych systemach. Później opisze co i jak.
Enjoy.

Potem dodam screeny

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)
  • Share/Bookmark

Gry, LAN, Windows , , ,

A ty jak zdefiniujesz „Moment” ?

Sierpień 26th, 2009

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 5.5/10 (2 votes cast)
  • Share/Bookmark

youtube , ,

DNS w sieci lan

Sierpień 25th, 2009

Krótkie how-to jak utworzyć domowy serwer nazw.

Opis bedzie wykonany na systemie freeBSD, ale bez problemu można go zastosować na każdym innym OS-ie.

W przykładzie będę posługiwał sie hostem venturi i domeną venturi.web

Poniżej przedstawiam obrazowo ( choc nie mam talentu do rysowania ) jak to wyglada w praktyce u mnie.

siec

Jeżeli wcześniej kożystaliśmy z routera z dhcp, należy wyłączyć w nim tą opcje.

Co nam jest potrzebne. Serwer DHCP, serwer bind i troche cierpliowści.

Instalujemy serwer DHCP

cd /usr/ports/net/dhcpcd/ && make install clean

Tworzymy plik dhcpd.conf

touch /usr/local/etc/dhcpd.conf

przykładowy konfig :

ddns-update-style none;
option domain-name "venturi.web";
default-lease-time 600;
max-lease-time 7200;
log-facility local7;
option domain-name-servers 192.168.1.1, 194.204.159.1;
subnet 192.168.1.0 netmask 255.255.255.0 {
range 192.168.1.100 192.168.1.254;
option routers 192.168.1.1;
}

Wpis do rc.conf

( Jeżeli mamy taki wpis : ifconfig_fxp0=”DHCP” należyg go zhaszować )

ifconfig_fxp0="inet 192.168.1.1 netmask 255.255.255.0"
defaultrouter="192.168.1.100
dhcpd_enable="YES"
dhcpd_ifaces="fxp0"

Na początek edytujemy hosty

# nano /etc/hosts

i dopisujemy

192.168.1.1             venturi venturi.web

Kolejnym krokiem jest edycja resolv.conf

#nano /etc/resolv.conf

I robimy jak w przykłądzie :

domain venturi.web
nameserver 192.168.1.1

I restartujemy serwer.

Po restarcie instalujemy bind:

cd /usr/ports/dns/bind9/ && make install clean

Po instalacji trzeba dodac nameda do rc.conf

nano /etc/rc.conf

i dopisujemy

named_enable="YES"

# cd /etc/namedb/

i edytujemy plik konfiguracyjny.

nano named.conf

na koncu dopisujemy :

zone "venturi.web"  {
type master;
file "master/venturi.web";
};

Przechodzimy do katalogu master

cd master/

i tworzymy plik venturi.web

nano venturi.web

$TTL 86400
$ORIGIN venturi.web.
@       IN      SOA     venturi.web. root.venturi.web. (
2009092400 ;; serial
1200       ;; refresh
1200       ;; retry
2419200    ;; expire
86400      ;; TTL
)
@               IN      NS      ns1.venturi.web.
@               IN      NS      ns2.venturi.web.
@               IN      MX      10    mail.venturi.web.
*               IN      A       192.168.1.1
ns1             IN      A       192.168.1.1
ns2             IN      A       192.168.1.1
mail            IN      A       192.168.1.1
www             IN      A       192.168.1.1
ftp             IN      CNAME   www

uruchamiamy demona nameda

# /etc/rc.d/named start

Teraz sprawdzamy

venturi# host venturi.web
venturi.web mail is handled by 10 mail.venturi.web.

Teraz na pozostałych komputerach przypisujemy ręcznie adresy ip i dns

Tu przykład jak to wygląda u mnie.

ipdns


Czytaj więcej…

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)
  • Share/Bookmark

freeBSD, LAN, named , , , , ,

Instalacja phpMyAdmin na freeBSD 7.2

Sierpień 25th, 2009

Instalujemy phpmyadmin za pomocą portów, następnie tworzymy plik konfiguracyjny:

cd /usr/ports/databases/phpmyadmin && make install clean
cd /usr/local/www/phpMyAdmin
cp config.inc.php.sample config.inc.php
vi config.inc.php

Przykładowy plik konfiguracyjny :

<?php
$cfg['blowfish_secret'] = ''; /* YOU MUST FILL IN THIS FOR COOKIE AUTH! */
$i = 1;
/* Authentication type */
$cfg['Servers'][$i]['auth_type'] = 'http';
/* Server parameters */
$cfg['Servers'][$i]['host'] = 'localhost';
$cfg['Servers'][$i]['connect_type'] = 'tcp';
$cfg['Servers'][$i]['compress'] = false;
/* Select mysqli if your server has it */
$cfg['Servers'][$i]['extension'] = 'mysql';
$cfg['Servers'][$i]['hide_db'] = '(information_schema|phpmyadmin|mysql)';

$cfg['ReplaceHelpImg'] = false;
$cfg['MySQLManualType'] = 'none';
$cfg['CtrlArrowsMoving'] = false;

$cfg['UploadDir'] = '';
$cfg['SaveDir'] = '';

?>

Edytujemy plik konfiguracyjny apache :

vi /usr/local/etc/apache/httpd.conf

<Directory /usr/local/www/phpMyAdmin>
    Allow from all
    AllowOverride All
</Directory>

Teraz wystarczy zrestartować apache i zobaczyć czy działa nam phpmyadmin

http://localhost/phpmyadmin

lub,

http://twojadomena.pl/phpmyadmin

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
  • Share/Bookmark

apache, freeBSD, mysql, php5 , , , , , ,

Upgrade freeBSD 7.x do 7.2

Sierpień 25th, 2009

Logujemy się jako root, następnie

#freebsd-update upgrade -r 7.2-RELEASE
#freebsd-update install
#shutdown -r now
#/usr/sbin/freebsd-update install
#shutdown -r now
# uname -r
7.2-RELEASE

I to wszystko. Enjoy.

VN:F [1.1.6_502]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
  • Share/Bookmark

freeBSD